Sen i sens

Śniło mi się, że miałam brać udział w grze, w takiej jakby symulacji komputerowej, tylko grało się życiem czy w życie. Przedstawiono mi zasady. Grę rozpoczynało się od  bazowego poziomu, najtrudniejszego, bo nie było jeszcze bonusów i nagród. A co było? Złe okoliczności, wszystko szare, trudne, brzydkie, biedne i podniszczone. Symbolicznie wejście do gry wyglądało jak taka zniszczona brzydka kamienica. Widoczne były wyższe poziomy, każdy ładniejszy i bogatszy od poprzedniego. Po przejściu poziomu bazowego przechodziło się na następne,coraz przyjemniejsze, ładniejsze. Już na wejściu były dodatki, punkty bonusowe i za różne działania zgodne z programem dostawało się dodatkowe punkty. To przekładało się na coraz lepszą, pełną opcji egzystencję. Wszystko to było widoczne przed wejściem, by zachęcić do gry.

No weszłam w grę oczywiście od poziomu bazowego. W tym programie w pewnym momencie wymagano, bym umarła. Gotowa była już czarna trumna, stała otwarta, świece zapalone obok, ludzie się już gromadzili na pogrzeb. Odczuwałam ogromną presję na mnie bym umarła jak najszybciej. Dostałam siekierę i obrazy mentalne, jak rozłupuję swój kręgosłup. Bardzo sugestywne rzeźnickie wizje z mięsem i kośćmi jak szybko i sprawnie przecina się kręgosłup.  Miałam tylko to zrobić. Ale… po chwili trwania, patrzenia na tą trumnę stwierdziłam, że ja nie będę jednak grać w tą grę. Nie tylko nie zamachnę się na własne życie, ale w ogóle nie będę grała już w tą grę.
Wyszłam stamtąd, mimo że były silne presje wewnętrzne, jakbym zrobiła to wbrew całemu światu. Potem ze znajomymi sobie po prostu szliśmy. Zastanawialiśmy się, co dalej, gdzie zamieszkać, bo poza programem nie było nic ustalone, żadnej ścieżki, tylko samemu wszystko się wybierało i robiło. No takie odczucie też dyskomfortu że teraz samemu manualnie (w odróżnieniu do automatu) wszystko się robi i ustala…
Wiedziałam, że poza grą nie jest się w ciągu karmicznym, więc jakby sens wcieleniowy się rozmywa, tematy kontynuowane z wcielenia na wcielenie, programy gdzieś tracą sens i ciąg…

 

Mój sen ukazał mi jak funkcjonuje ziemska iluzja. Przekonanie Dusz o możliwości przejścia na następne poziomy Duszy, gdy się na to zasłuży, to świetny lep na Dusze by chodziły w kółko w samsarycznym kieracie licząc na nagrodę, na lepszy los, poprawę czy upgrade’a za wypełnienie wymagań płaszczyzny życia, ukończenie bolesnej misji, dobrowolne ukrzyżowanie się, poświęcenie marzeń i indywidualności wobec naporu potrzeb zbiorowych, oddanie Ducha czy inne działania, niektóre także promowane przez popularną ezoterykę.  Zawsze czułam podskórnie, że wiele idei ezoterycznych kieruje ku biernemu poddaństwu i to z zaprogramowanym uśmiechem na ustach.

Gdy się wyczai źródło błędu to łatwiej jest się ogarnąć, nie miesza się idei z doświadczeniem, a można uniknąć również postawy buntu, czyli odruchowego odrzucania pewnych okoliczności, zdarzeń niezgodnych z linią przyjętą przez Duszę.

W moim odczuciu źródło błędu to punkt identyfikacji – czyli miejsce, skąd idą decyzje, samookreślenie. Jak idzie to z Duszy to niestety, ale moc mają postawy, przyjęte założenia, interpretacje, karma własna i rodowa, uwarunkowania, skłonności i niechęci. Ludzie oczywiście pracują z Duszą i mają dobre efekty, nie przeczę, ale to jest zmiana w oprogramowaniu, które chciał nie chciał jest sztywne. Dusza idzie we wzorce z dużą siłą bezwładu, toczy się jak rozpędzony pociąg – więc zmiana przecznicy uruchamia owszem inne, lepsze, upgrade’owane losy, ale wciąż jest tu sporo z automatu.

Tymczasem wyjście ku Duchowi zatrzymuje ten automatyczny ruch. Tu się wydarza coś zupełnie innego, można sobie obserwować wewnątrz te presje, ale one wytracają energię (bo nikt tego nie popycha, nie ma tego, co stał i dorzucał do ognia) i widać nowe perspektywy. Od ciała anupadaka nic nie jest ustalone na sztywno, ani los – poprzez skłonność do określonych wyborów, ani sens – poprzez sztywne identyfikowanie, interpretacje… Sens jest niższą interpretacją – z poziomu atmanicznego z buddialnym w przypadku sensu życia – a więc życiowej idée fixe i systemu wartości.

Ludzie szukają też sensu życia poprzez Human Design – do czego zostali stworzeni… A idea jakiegoś określonego stałego przeznaczenia wytraca się wraz z wejściem w obszary duchowe. Tu sens można sobie albo nadawać albo nie, kwestia wyboru dokonywanego w czasie rzeczywistym. Oczywiście nie następuje tu totalna samowolka i lekceważenie świata… Karma dalej działa – więc jak będziemy uruchamiać działania  z poziomu uwarunkowania ego i Duszy, bez dystansu i otwarcia na przestrzenie Ducha (harmonię samoistnych, naturalnych przepływów manifestujących się z Ducha) duchowe przestrzenie po prostu przykryją się oparami karmicznymi i wróci zawężenie świadomości. Jest ono dość podstępne, niewyczuwalne w pierwszej chwili, tylko perspektywa gwałtownie się skraca.

Reklamy

Dezintegracja i z Duszy do Ducha

Dezintegracja to szansa, to zakwestionowanie dotychczasowego życia, by zbudować coś inaczej… Właśnie przez dezintegrację przechodziłam ostatnio.

Być w wibracjach Ducha to być jak dziecko, ale z wiedzą, świadomością i mądrością całej istoty… A przy tym z lekkością i dziecięcą radością, zaufaniem, spokojem, czyli bez napinania się, dzielenia niepodzielonego…

Moja Dusza twierdzi, że to nie jest takie proste, bo różne już podejścia poprzerabiala na różnych ścieżkach duchowych… Czego więc brakło? Chyba właśnie Ducha, bo Dusza lubi się angażować w różne doświadczenia i stany mistyczne, przypisujac sobie ich sprawczość. W efekcie wpada w samsaryczny korek… Wpuszczenie Ducha, otwarcie się na Boga to nam się kojarzy z umartwieniami religijnymi z zapałem praktykowanymi w pustelniach i klasztorach różnych religii. Kolejny przystanek w kolejce zwanej samsarą. W tej chwili nie mamy zaufania do żadnej ścieżki, wszystkie okazały się dla mnie, mimo obietnic, samsaryczne. Nirwana i samsara to dwie strony tego samego medalu, obracają się dowolnie w życiu jak bączek, ale realnie nic się nie zmienia. To kwestia tego, gdzie się przyłoży lupę, punkt skupienia świadomości…

To wyzwalające – płynie mi z Ducha, że skupianie się na Duchu czy Duszy to równe jest, wolność doświadczania, idzie mi akceptacja do Duszy i krótkich bliskich perspektyw. Co za ulga. Rzeczywiście nie wyciąga mnie z życia, przeciwnie. Że tak można sobie doświadczać tak różnych rzeczy, a nawet równocześnie różnymi cząstkami Duszy. Tu jest taka gleboka afirmacja życia, bez hierarchizowania doświadczeń. Czy to najtrudniejsze i ciemne nie było równie dobre i ciekawe co to wzniosłe i szerokokątne? Jednak potrzeba przestrzeni Ducha by to ujrzeć w ten sposób… Inaczej jest przeciez rycie nosem w błocie i ziemi. Duszy smutno, że ja i inni tak ryją w nieskończoność…

Ale Duch pokazuje, że to są puste pojęcia, koncepty, percepty i inne ‚epty’. Świadomość może być w każdej chwili w dowolnym punkcie połączenia i doświadczenia… Na ziemi, w kosmosie, w różnych czasach, w materialnych i niematerialnych doświadczeniach… Siebie i nie siebie, osobowych i bezosobowych.

Czego Duszo pragniesz? Zapodaj dźwięk a stanie się.

Świadomość Ducha

Cudownie, absolutnie cudownie! Emaho!

Dusza została zaprogramowana do ograniczeń, do obrazów siebie. Coś, co jest formacją energetyczną Ducha w niższych światach stało się narzędziem samokarania i niewoli…

Jednak sam Duch, Esencja jest wolny i ma wszystko w sobie, wszystko. Nic nie zostało zabrane, oddane, sprzeniewierzone, zniszczone. Żywe Źródło wszystkiego w nas jest całkowicie pełne. Gdzie nie spojrzy uruchamia drzemiące potencjały, wywołuje ruch energii, które pojawiają się i znikają jak Dzogczenowskie tęcze… Ozdoby świadomości, przejściowe przejawy, tak z palca, znikąd… w nieskończonej przestrzeni pełnej światła i esencji życia… Dla Duszy to jest po prostu trudne do wytrzymania, jak siedziała w lochach w głodzie, głupieje, czy ma doświadczać ekstazy, bo jeszcze rozerwie Duszę na światło hihi 🙂 .

Oszukują wszyscy pomocnicy, którzy twierdzą, że mogą coś nam dodać, bo czegoś brakuje. Nikt nie może niczego dodać do ekstazy Ducha…

Duszo – patrz i pamiętaj!

Ekstaza Ducha i co dalej?

Wczoraj we śnie przypomniała mi się ekstaza doświadczana w Duchu, na wielu poziomach świadomości. Nie wiem, czy będę umiała to teraz jeszcze opisać, ale to było ważne, więc chciałabym zapamiętać.

To było jak wielki płomień, który zapłonął nad tym, co zwykle nazywam sobą, ale płomienie były świadomością. Czakram korony rozszerzył się do co najmniej kilkunastu metrów i wysoko wysoko w górę, by można było tego doświadczyć. Wszystko było świadomością, cudowną, pełnią, spełnieniem, wolną i co lepsza … pogrążoną w ekstazie istnienia 🙂 . Lecz nie ma to takiego znaczenia jako opis, bo tu nie chodzi o samo doświadczenie, dlatego to było wspomnienie właśnie, a nie nowe doświadczenie. Wspomnienie mi przypomina, że to jest, świadomość jest tu i teraz aż taka, a tylko nierozpoznanie trzyma mnie w wytyczonych granicach. Dlatego nie ma się co ekscytować fajerwerkiem świadomości, bo przypomnienie miało na celu otwarcie umysłu, wyważenie niezauważonych do tej pory ścian…

Dalszy proces poszedł w dość nieoczekiwaną stronę. Mój ból kręgosłupa i rwy kulszowej tak się nasiliły następnego dnia, że po prostu nie mogłam wytrzymać tego. Wycisnęło mi energie z ciała i poczułam zmęczenie życiem, jak mało życia jest w moim zmęczonym tym bólem ciele. Jak na zaproszenie pojawiła się siła wyciągająca mi Duszę i życie (energię witalną) z ciała przez centrum serca. Najpierw z tym walczyłam, ale postanowiłam popatrzeć, co się w ogóle dzieje. Nie zobaczyłam wyraźnie tej istoty, raczej postrzegałam to jako sporą kulę energii promieniującej śmiercią, zaświatami, odczuciem przejścia, ona ciągnęła moją energię i Duszę. Ale skonfrontowałam się z nią – powiedziałam, że nie, nie chcę, bo chcę jeszcze konkretnych doświadczeń na ziemi, które mnie przyciągają. Kula uszanowała moją wolę, spuściła mnie z tego lassa i opadłam w dół do ciała. Co ciekawe energie witalne zaczęły wracać i ból, który był wcześniej trudny do wytrzymania stopniowo łagodniał, tak że nawet obyło się bez środków przeciwbólowych…

Potem punkt zboru świadomości znów mi poszybował do wyższych  obszarów, z którego patrzyłam na swoje ciało i energie. Bardzo silna energia yang szła z góry po kręgosłupie w dół. Wiedziałam, że szuka moich energii yin by przeżyć ekstazę połączenia. Ale energie yin były bardzo słabe przez te bóle,  powypierane energie, mało radości, przyjemności, bez tych przestrzennych doznań bogactwa i intensywności jak kolorowych przestrzennych gobelinów, ciała poszarpane i pogryzione. Niesamowite było jaka miłość szła do tych obszarów yin, żeby to uzdrowić, nasycić, wykalibrować, połączyć 🙂 . Obszary yin to też jakby kobieca przestrzenna Dusza…

 

Dziś to mam takie niewesołe wizje i myśli, że ta samsara to taka silna jest, wpojona od dziecka… No nawet emocjonalnie trudno mi to przyjąć – jest bogactwo Ducha, a Dusza moja została tak smutno i szaro zaprogramowana… I patrzę na innych i to samo, albo podobnie mają. Jak gdzieś lepiej, to gdzie indziej gorzej… Energie idą po byku, te od Ducha gdzieś zamierają i nie dochodzą, a mielą się karmiczne Duszy, bez polotu i przestrzeni. A Dusza trzyma je jakby to skarby były… Widzę, że Dusza to po prostu ma taką własną samoocenę, że na to zasługuje to się otwiera na konkretne energie twórcze, a na inne to przeciwnie, zamyka się, nie chce ich widzieć, bo przecież nie czuje w sobie gotowości, ocenia się niżej, to dostaje kiepską karmę zgodnie z tym oczekiwaniem Duszy… I natworzone jest tego, tych obrazów nacechowanych uczuciem, odczuciem, podparte wiarą… Tak sobie patrzę na to i myślę (oprócz tego, że samo patrzenie na to jest niekomfortowe i napełnia mnie nawet przygnębieniem), że tu trzeba nowe ścieżki komunikacji zbudować raczej niż rozpierduchę zrobić i wyciąć las karmiczny w pień. Taką szybkostrzelną autostradę informacyjną wybudować, żeby energie Ducha przenikały do samego dołu, żeby Dusza mogła zapłonąć chęcią realizacji, by to szło do ciała, do materializacji…

Z pozycji świadomości

Przepięło mnie wczoraj na wysokie ciała niefizyczne… Z tej pozycji patrzę na niższe poziomy, utożsamienia, Duszę i widzę jakby pusta była…
A więc co widać:
Cisza i spokój, nie ma żadnych problemów, emocji, lgnięć, jedynie widzę miłość, miłość płynie sobie sama, czasami fale energii z dolnych czakramów. Nie ma żadnego cierpienia, nic nie boli, nie ma historii, nie ma karmy, przynajmniej w tej chwili nic takiego nie widzę. Próbuję odruchowo wzbudzić emocje czy ekscytację, ale nie ma się do czego przyczepić… powstaje tylko takie drgnięcie w energii.
Widzę, że nie ma się z czego wyzwalać, bo wszystkie programy i obciążenia opcjonalne są. Widzę, jakby moje ja rozpadło się (chwilowo), nie pamiętam już czemu tak cierpiąca byłam, pewnie miałam jakieś powody 🙂 . Wszystko jest proste – jest miłość i idzie tam gdzie ma iść. Są drogi energii, pewne sprawy mają się bliżej inne dalej, nie ma z czym tu dyskutować czy walczyć, miłość płynie i łączy, świadomość jest i patrzy, no proste jak konstrukcja cepa. Czuję, że to jest nadpisane na moim oprogramowaniu, na mojej Duszy, bo pragnęłam tego, a Duch spełnia pragnienia, bo Duch jest cząstką twórczą, Boską, więc jesli powstają takie pragnienia, to Duch pragnie tego doświadczyć. Duch chce Duch ma 🙂 . Pragnienia Ducha są spełniane, po to ta cała kreacja jest, by mieć spełnienie, maksymalne spełnienie, pełnię doświadczenia i spełnienia…
Prostota i jednorodność tego powala… Żadnych zawiłości, trudności, zakrętów, tylko spływanie energii…
Nie ma się czego bać, wszystkie potencjalne trudności są w oprogramowaniu, które przyjęliśmy, na które oddziałują różne siły. Ale oprogramowanie jest zewnętrzne, wisi w próżni, więc nie ma realnego wpływu na nas…

Doświadczenie wspólnej świadomości

Doświadczenie to miałam na początku tego roku.

Zaczęło się od tego, że spojrzałam wewnętrznym wzrokiem szerzej, uwaga moja została przyciągnięta najpierw do poziomu Duszy (tak mi się wydaje: sumy moich doświadczeń i wiedzy indywidualnej poukładanej w rozległej i stabilnej „strukturze” przestrzennej). Następnie dalej pociągnęło mnie w kolejny obszar. Wszystko to odbywało się w normalnym stanie świadomości, tym się tylko różniącym od zwykłego, że było silne doświadczenie energii i prądu nad głową, jakby mi wyrwało pół czaszki i wstawiono słup prądu 🙂 . Nie ma w tym przesady, nigdy wcześniej nie miałam tak silnego doświadczenia słupa energii z korony, przyćmiewającego intensywnością doznania ciała…

Wszystko stało się jasne i przejrzyste, widoczne. Straciłam odczucie i energię indywidualności, to z czym i w czym żyję na codzień. Połączyłam się z innymi świadomościami doświadczając wspólnej wiedzy i nieograniczoności. Patrzyłam w dół, odczuwając wielość planów poniżej.

Systemy wiedzy ziemskiej wydały mi się lokalne, lokalnie prawdziwe… To było dziwne dla mnie odczucie, np. osiągnięcia duchowe – patrzyłam, że ich zasięg obejmuje kilka ciał, poniżej, że świadomość na nie patrzy i przyjmuje je za całość, a to fragment z większej dużo całości…

Doświadczenie nie trwało zbyt długo, ale też sama zdecydowałam się je zakończyć. Puściłam sobie muzykę i czułam jak energia muzyki płynie z niższych ciał do samej góry. Inni mogli doświadczać jej ze mną 😉 .

Po tym śladzie energetycznym muzyki i aktywności w ciałach schodziłam świadomością w dół, aż poczułam swoje znajome energie, czakramy, ciepełko i energie moich indywidualnych zamiłowań…

Przez jakiś czas jeszcze czułam ten słup energii do góry, ale słuchałam muzyki dalej, która przynosiła mi emocje i zwykłe doznania, więc się zestroiłam w pełni.

Historia ingerencji w ludzkie DNA

Dziś w czasie snu dostałam ROTE czyli taki plik informacji, który rozwijał się z bardzo dużą prędkością w moim umyśle, zawierający obrazy ale i odczucia, wiedzę „ładowaną” bezpośrednio do umysłu. Tematem była historia modyfikacji i ingerencji w ludzkie DNA. Niestety równolegle pojawił mi się program przeszkadzający – wyglądał jak moja mama, która próbowała zasłonić napływ tych informacji, by niby urchronić mnie przed czymś, ale tak naprawdę utrzymywać mnie w niewiedzy.

Sporo informacji przez to straciłam, ale to co widziałam to i tak było niezwykłe. Nad ludzkim DNA prowadzone były długie i rozległe badania istot niefizycznych, które modyfikowały je dowolnie mieszając i traktując ludzi jak króliki doświadczalne. Trwało to bardzo długo, rota okazywała długą historię zmian. Pamiętam jako ciekawostkę badania nad genem nieśmiertelności – tak, na pewnym etapie człowiek dostał gen nieśmiertelności od innej rasy kosmicznej. Gen ten potem ponownie usunięto. Wraz z napływem obrazów doświadczyłam uczucia obrzydzenia – dokonywano ingerencji w ciałach żywych istot, z całym bólem, fizycznością tych doświadczeń – krwią, operacjami itp. Odniesienie do nieśmiertelnej rasy kosmicznej bardzo mnie poruszyło… Tej nocy wcześniej również śniłam o kosmitach 🙂 i oceanie, koloniach ludzkich, ale rota pojawiła się, gdy spojrzałam na ciało kobiety, wnikając wzrokiem w jej fizjologię…

W sumie niewiele mi zostało w pamięci, program przeszkadzający był dość skuteczny…